poniedziałek, 16 grudnia 2013

Nieświeży powiew prehistorii: Komando (1985)

Lubię filmy akcji z lat 80. Nie zrozumcie mnie źle. Nie jest megafanboyem. Wiem, że nie jest to kino wysokich lotów. Wiem, że ma liczne wady, wiem, że jak pomyślę przez 5 minut to wymyślę co najmniej 10 lepszych filmów. Jednakże filmy akcji z lat 80. mają w sobie ogromny potencjał rozrywkowy. Większość akcyjniaków z tamtego okresu ma w sobie więcej humoru niż dzisiejsze komedie, zaś tempem akcji i charyzmom bohaterów wielokrotnie przewyższają to czym żyją współcześni widzowie. 
Filmy akcji z lat 80. zasługują na osobny, długi tekst. Jednak dziś krótko o symbolu tamtego kina. Komando z 1985 roku. 


Film ma wszystkie wyznaczniki kina tamtych czasów: charyzmatyczny bohater, karykaturalni wrogowie (mój ulubieniec to psychol w kolczudze, wygląda jakby był trochę za stary na Haloween), dużo wybuchów, mało sensu, więcej wybuchów, dużo broni, głupie teksty i obowiązkowy duet: silny, pewny siebie mężczyzna i nieporadna kobieta, która ma wyglądać, ewentualnie być ratowana. 

Komando to poezja tego gatunku. Akcyjniaki miały to do siebie, że główny bohater cały film musiał udowadniać, że to on jest największym kozakiem w mieście, co z perspektywy dzisiejszego widza, jest po prostu zabawne. Szczególnie scenka, gdy Schwarzeneeger mówi innemu żołnierzowi, że powinien ustawić się pod wiatr bo wtedy wywęszy wroga. Wywęszy. Przecież ludzie nie mają tak czułego węchu. I jeszcze Arnie dopowiada: mnie się udało! Śmieję się z tego drugi dzień. Jest jeszcze przekomarzanie się Arniego z przeciwnikiem: Nie masz ze mną szans, byłem w zielonych beretach! A Arnie na to: Zjadam zielone berety na śniadanie, a teraz jestem głodny!!! 

Kino w ostatnich latach bardzo się zmieniło i świetnie to widać na przykładzie Komando. Teraz bohater kina akcji ma być przystojny i budzić zaufanie, zapewne po to by łatwiej było zaciągać kobiety do kina <tryb złośliwy aktywny> . 30 lat temu celowano w nastolatków. Uwierzcie mi, chyba każdy nastolatek z lat 90. (w Polsce to właśnie wtedy akcyjniaki miały największą popularność, głównie dzięki Polsatowi) chciał wyglądać jak Schwarzeneeger albo Stalone. Piszę to teraz obiektywnie - tamci herosi mieli charyzmę. Rozbudowana muskulatura budziła respekt, podobnie jak umiejętność strzelania z M60 trzymając je w jednej ręce. Z tych aktorów biła siła. Autentycznie wierzyliśmy w ich niszczycielskie umiejętności. 

O tamtych filmach mógłbym jeszcze długo, a chciałem by ten wpis był krótki, więc obiektywnie o "Komando". Szczerze mówiąc - pierwsza połowa filmu jest raczej nudna. Arnie rzuca kilka dowcipnych tekstów to fakt, ale większość scen to takie bieganie bez celu i naprawdę mocno naciągane śledztwo głównego bohatera w sprawie zaginięcia jego córki. Prawdziwy film zaczyna się w drugiej połowie, gdy  Schwarzeneeger dociera na wyzpę pełną "złych ludzi". Mam tu wszystko, za co lubię te filmy. Scena zbrojenia się (kultowe już zakładanie stroju składającego się z paramilitarnych ciuchów i tuzina broni). Potem jest jeszcze lepiej. Arnie obowiązkowo zabija po cichu kilku wrogów, a potem zaczyna się faktyczna zabawa. Protagonista biega, skacze, strzela z kilku karabinów, wszystko wylatuje w powietrze, wrogowie padają jak muchy, czasem giną w sposób absurdalny, jak w scence, gdy Arnie ukrywa się w szopie z narzędziami i rzuca we wrogów piłami tarczowymi. 
Film wieńczy pojedynek na noże z głównym złym. Pojedynek kiczowaty, pełen majestatycznych wymian ciosów, siłowania się itd, zaś całość kończy się w sposób absurdalnie idiotycznym zgonem tego złego.

Absurd, przesada, brak realizmu, niedorzeczna skuteczność herosa - to główne wyznaczniki Filmów akcji z lat 80. W porównaniu z nimi dzisiejsze produkcje wydają się takie nudne i mało efektowne. Mnie jako widzowi najbardziej w nowym kinie akcji przeszkadza pewna pretensjonalność. Komando miało prostą fabułę. Bohaterowi zabrano dziecko, więc ten się dozbroił i poszedł zrobić rozróbę. Nowe kino musi zahaczać o problemy społeczne, musi na siłę komentować rzeczywistość, musi być realistyczne. Wychodzą z tego filmy nudne i pretensjonalne, które fabularnie są za słabe by wpłynąć na nasz światopogląd, zaś sama akcja jest zbyt nieciekawa, by mi się chciało wytrwać do końca. Naprawdę żałuję, że styl lat 80. powoli odchodzi do lamusa, przez co muszę raczyć się takimi jaskółkami jak Niezniszczalni czy Maczeta i naprawdę nie mogę się doczekać dobrego, nowożytnego filmu akcji. Por qué filmowcy? почему? 이유? なぜ? 

I na zakończenie ostatnia złośliwość:

Idole młodzieży dawnej:


Idole młodzieży obecnej:
 

Sami to skomentujcie :D 

Bonus 

1/2/3/4


piątek, 6 grudnia 2013

64 bity zagłady

Posta zacznę, tak jak należy czyli od starego znajomego z czasów dzieciństwa:




Przyznaję minęło sporo czasu od publikacji tego materiału:


http://www.youtube.com/watch?v=ea-BFMp2kKo




Doczekał się on wielu krytycznych głosów oraz tego satyrycznego filmiku:





Oraz wypowiedzi o charakterze uspokajającym:





Ja sam zająłem się tą sprawą tak późno z wielu powodów. Uważam że to dobrze, że się powstrzymałem. Początkowo chciałem ten materiał obsmarować i zrównać z ziemią. Chciałem zareagować emocjonalnie. Dałbym się sprowokować, zareagowałbym agresywnie. Chyba o takie reakcje chodziło dziennikarzom TVP. W moim przypadku się nie udało. Mam zamiar przedstawić temat z innej perspektywy. 


Moim zdaniem ten problem jest sztuczny. Jego nie ma. To sztandarowy zapychacz wiadomości, po który sięgają media gdy nie ma czego pokazać na antenie. Ewentualnie wtedy gdy ludzie za często pytają o misję mediów publicznych. Dlaczego ten problem nie istnieje? Przypomnijcie mi - ilu uczniów w ostatnich latach, w Polsce przyszło na zajęcia z AR-15 i zaczęło strzelać do swoich kolegów? Jak wielu gimnazjalistów w 2012 roku podkładało bomby w swoich szkołach? Ile takich maskar miało miejsce na terenie Polski w ciągu ostatnich 10 lat? No właśnie. W Polsce to marginalny problem, wyolbrzymiany przez media, które szukają sobie wroga. W latach 80. wrogiem był Heavy Metal, teraz są to gry. Możemy się zastanowić jakie hobby będzie złe za 20, 35 i 50 lat. 

Tymczasem w Afganistanie szkolenie przyszłych terrorystów przebiega wyśmienicie. 

Trzeba jednak przyznać, że uczniowie polscy są bardzo narażeni na pewien dysonans. Zapewne na zajęciach z polskiego omawialiście takie lektury jak Romeo i Julia, Król Edyp, Krzyżacy, Quo Vadis, Tristan i Izolda, W pustyni i w puszczy czy Pieśń o Rolandzie. Przypomnijcie sobie. Czy choć raz przy okazji rozmów na temat tych lektur w klasie został poruszony wątek zabijania? 
Staś zabił kilku Beduinów, Romeo wybił pół miasta, Roland nawet w czasie agonii nie odmówił sobie roztrzaskania głowy pewnego islamisty. W Królu Edypie pod koniec dochodzi do kilku samobójstw. To wszystko lektury szkolne, którymi uczniowie w teorii są karmieni. To wszystko mądre i pouczające historie, które mają znać wszyscy Polacy - zdaniem ministerstwa edukacji narodowej. I teraz taki uczeń po tych wszystkich lekturach wraca do domu by zagrać w Call of Duty. Nagle dowiaduje się od przerażonej matki (która właśnie skończyła oglądać wiadomości), że gry są złe i zabrania mu grać bo jeszcze wyrośnie na zabójcę. Gra ląduje w śmietniku, a uczeń w łóżku ze Zbrodnią i karą 

Przyznaję, że minęło trochę czasu od kiedy ukończyłem gimnazjum i liceum, ale z tego co pamiętam to Zbrodnia i kara była chyba jedyną lekturą, w której główny bohater został potępiony za swoje mordercze skłonności. W większości przypadków, nauczyciele wychodzą z założenia, że wszystko co robi bohater jest dobre i słuszne i "takie godne naśladowania". Ciekawy frazes, który był mile widziany w zakończeniu niemal każdej charakterystyki postaci, nawet takich jak Romeo. "idźcie i zabijajcie w imię miłości". 
Modern Warfare 2 - grasz żołnierzem, broniącym ojczyzny - przepraszam, grasz psychopatą słuchającym Black Sabbath i strzelającym bez powodu do niewinnych ludzi z kałachami. 

Nie okłamujmy się. W dzisiejszym świecie przemoc jest wszędzie. W telewizji, w wiadomościach, w lekturach w gazetach itd. Śmierć i przemoc pojawia się nawet w filmach animowanych dla dzieci. Choćbyśmy się bardzo starali to nie uchronimy najmłodszym przed widokiem śmierci. Może więc problem nie polega na tym, że młodzież widzi śmierć w grach i w filmach, ale na tym iż bardzo rzadko w szkole rozmawia się na temat śmierci i zabijania, a jeśli już się to robi, to wręcz w ramach gloryfikacji. Gdy np. wymienia się cechy Rolanda to od razu mówi się: dobry rycerz. Czemu dobry? Bo szybko zabija. Bo w jednej ze scen pokonuje przeciwnika, przecinając go na pół. Przy okazji rozmów o Longinusie z Ogniem i mieczem mówi się: odważny i skory do poświęceń, przemilcza się: marzył o ścięciu trzech głów jednym cieciem. Na lekcjach historii omawia się wojny - głównie z perspektywy zwycięzców. Z perspektywy ludzi, którzy wplątali tysiące innych w krwawe kampanie, którzy skazali na śmierć wielu niewinnych. Podziwia się Ryszarda Lwie Serce za to, że też brał udział w bitach - za to, że nie tylko dowodził swoimi wojskami,ale też zabijał. Wreszcie z dumą mówi się o dzieciach biorących udział w Powstaniu Warszawskim.

Pokazujemy dzieciom morderców i mówimy im, że to "wzór do naśladowania", ale nagle robimy problem gdy to samo dziecko chce zagrać w Call of Duty lub posłuchać piosenki The Trooper zespołu Iron maiden.

Ta okładka jest taka brzydka, muszę zastrzelić kilku ludzi - żaden metal nigdy tego nie powiedział :) 

Nie twierdzę, że z programu nauczania powinniśmy usunąć wszystkie lektury, w których pojawia się przemoc, ale może powinniśmy zacząć o niej w końcu dyskutować. Dyskutować mądrze. Wyjaśniać uczniom, że zabijanie jest zawsze złe bez względu na okoliczności. Że zabijanie jest złe nie tylko w Call of Duty, ale także w W pustyni i w puszczy i w Krzyżakach. Być może w kontekście takiego Ogniem i mieczem nauczyciele powinni rozmawiać z uczniami o złych skutkach wojen. O tym co starcia robią z ludzką psychiką. Może nie głupim pomysłem byłoby sprowokowanie uczniów do rozmowy na temat, czy Longinus dekapitował ludzi bo był chorym psychopatą, czy może robił to dlatego, ze zmusiły go okoliczności. Ale przedewsztkim skończmy z tą irytującą hipokryzją. Z poglądem, że sceny zabójstw w lekturach są ok, ale podobne w kinie już nie. 




To jedna z najlepszych scen, pochodząca z jednej z najlepszych gier komputerowych - Metal Gear Solid 3. Niejaki Sorrow podczas swojego spotkania z bohaterem gry, Snake'iem, zamiast z nim walczyć postanawia mu pokazać jak wielkich szkód dokonał do tej pory. W tej scence pojawiają się wszyscy ludzie jakich do tej pory zabiliśmy. Czasem da się ich rozpoznać,po stroju, lub innym szczególe. Część z nich rzuca się na bohatera z krzykiem: To byłeś TY!


Być może w taki sposób powinniśmy rozmawiać o zabijaniu. Może okrzyk typu: O mój Boże! Jeszcze jedna gra i mój syn wysadzi szkołę bombą atomową! Jest już zbyt karykaturalny i przez to całkowicie nieskuteczny? 


Bonus, podobno gry nie wzbudzają empatii:

1/2/3/4/5

wtorek, 26 listopada 2013

Dusza z cebulką

Jednym z bardziej kontrowersyjnych pomysłów odchodzącej już generacji konsol są tzw. HD kolekcje. Skąd się wzięły? Z chciwości. 
HD kolekcje to bowiem nic innego jak gry z ps2 wydawane na ps3 i x360. Są to wersje z nieznacznie poprawioną grafiką (wyższa rozdzielczość), przygotowane w taki sposób by można je było odpalić na konsolach ps3 i x360. HD kolekcje nie byłyby potrzebne gdyby wspomniane konsole posiadały tzw. wsteczną kompatybilność czyli zdolność do odczytywania gier z starszych wersji konsol.
Podsumowując - HD kolekcja jest zła, bo jako posiadacz ps3 by zagrać w Devil May Cry 3 muszę kupić specjalną wersję za 100 zł (wydanie zbiorcze zawierające pierwszą trylogię tej gry). Natomiast gdyby ps3 posiadało wsteczną kompatybilność wówczas po prostu kupiłbym na allegro DMC 3 za 20 zł i też bym mógł grać.

Paradoksalnie nie krytykuję pomysłu na tworzenie remake'ów starych gier. Smutna prawda jest taka, że niektóre gry z dawnych lat zasługują na uwagę nawet dzisiaj, ale ich uruchomienie na nowych komputerach często graniczy z cudem. Inna sprawa. Niektóre gry zestarzały się tak bardzo, że dziś są już na granicy grywalności. Wówczas olewając taką grę oszczędzamy sobie nerwów, ale też tracimy ciekawe doświadczenie. Idealnym rozwiązaniem jest prawdziwy remake. Ta sama fabuła, nowy silnik graficzny, nowe sterowanie, nowe mechaniki rozgrywki. I teraz przechodzimy do sedna.

Chcę remake'u Legacy of Kain!!!

Nieświeży powiew prehistorii: Legacy of Kain
Czyli połączone Serie Soul Reaver i Blood Omen plus Defiance 

Każda z gier wchodzących w skład te niesamowitej serii zasługuje na osobny odcinek. Jednocześnie każda z nich cierpi mniej więcej na te same problemy, dlatego zdecydowałem się na tekst zbiorczy.

Grafika paradoksalnie nie jest tu problemem, zwłaszcza w nowszych częściach. Soul Reaver 2 jest tak ładny, że nawet dziś może się podobać. Pierwszy Blood Omen czaruje urokiem "naftalinowych" starych gierek. Wiecie jedni lubią wąchać naftalinę, inni patrzeć się na piksele. Tego się nie czepiam. Czepiam się natomiast mechaniki rozgrywki.

Gry z tej serii cierpią na bardzo poważny problem - toporne sterowanie. Źle rozplanowane. To wada głównie Soul Reaver 2. Gra zmusza nas do grania myszką i strzałkami (tortura) zaś część ważnych funkcji ma po drugiej stronie klawiatury, przez co nasze palce odstawiają pełne flamenco po całej powierzchni klawiatury, a my za nic nie mamy poczucia kontroli na bohaterem. Problematyczny też jest brak połączenia bohatera z kamerą. Widzicie, lubię gdy poruszam myszką i bohater natychmiast też się odwraca. Tu tak, nie ma, myszka sobie, bohater swoje. Ktoś mnie atakuje z boku, odwracam widok w jego stronę, naciskam atak, a bohater boksuje sobie powietrze. AAAAAAA. Pewnym  wyjściem z sytuacji jest korzystanie z opcji "autoface", która zwraca nas w stronę wroga. Ale by to utrzymać musimy cały czas trzymać  przycisk odpowiedzialny za "Autoface" czyli lewy control. Postacią sterujemy strzałkami, atak mamy pod myszką lub pod "a". Teraz wyobraźcie sobie, że macie trzymać dłonie na klawiaturze według tej instrukcji i wytrzymać kilka godzin.

Mówicie pad? No właśnie problem  w tym, że albo jestem lamą z IT albo mam pecha, ale coś gra z padem współpracować nie chciała. Ostatecznie się poddałem.

Alternatywą jest olanie "autoface-a" ale to zły pomysł. Robienie uników staje się niemożliwe. Kontrola nad bohaterem jest jeszcze mniejsza. Całość sprowadza się do głupiego biegania w kółko i wymachiwania bronią jak pijany żołnierz na paradzie. Nazwijcie mnie lamą, ale naprawdę bez pada, lepiej tej gry nie ruszać. Co ciekawe w recenzjach z "epoki" dziennikarze też marudzili na sterowanie, więc nie jest to tylko mój wymysł.

Dobra starczy biadolenia. Dlaczego ta seria potrzebuje remake'u?

Bądźmy szczerzy. Jak nie teraz to kiedy? Zmierzch i jemu podobne działa zniszczyły wizerunek wampira zastępując go kiczowatymi amantami błyszczącymi na słońcu. Fani wampirów potrzebują teraz bardziej niż kiedykolwiek znakomitych, charyzmatycznych, wampirzych antybohaterów. Właśnie Anty. Kain w końcu podróżuje w czasie i robi inne kosmiczne rzeczy by przejąć władzę nad światem. Czy naprawdę to jest mniej ciekawe od życiowych celów wampirów ze Zmierzchu i Czystej Krwi? Którzy najwyraźniej żyją setki lat tylko po to by podrywać kelnerki i jeszcze ludzie to w telewizji oglądają?

Niewątpliwie ogromną siłą tej serii jest fabuła. Długa i rozbudowana. Podróże w czasie, mroczne fantasy, inwazje mrocznych sił, mieszanka stylistyki fantasy i steampunk, pradawne bóstwa. To wszystko tu jest i układa się w spójną i logiczną całość. Legacy of Kain jest niezwykłym doświadczeniem nawet jeśli tylko oglądamy kolejne scenki przerywnikowe na Youtubie.

Kolejną zaletą są ciekawi przeciwnicy, zwłaszcza w Soul Reaver 1. Tam walczyliśmy z wampirami, które jak przystało na prawdziwe wampiry nie ginęły tylko dlatego, że je spoliczkujemy. Delikwenci umierali tylko od ognia, słońca, wody lub przebicia na wylot. No więc delikwenta trzeba było ogłuszyć, a potem... czerpać sadystyczną radość z podpalania ich, topienia, wystawiania na światło lub przebijania na wylot wielkimi dzidami. O tak, to była gra dla sadystów.



Ostatni powód to znakomita muzyka. Leagacy of Kain ma jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych w historii gier komputerowych. Patetyczne, posępne utwory świetnie podkreślające ponury nastrój krainy w której dzieje się akcja gry. Nowa część mogłaby dostarczyć nam kolejnych fenomenalnych utworów. To by było coś.

Legacy of Kain - stara fabuła, nowa grafika i poprawione sterowanie. Czekam na to od lat by wreszcie móc cieszyć się wspaniałą historią bez potrzeby zastanawiania się jak ludzie kiedyś grali w coś równie topornego. Choć plotki na temat powrotu serii LOK co jakiś czas pojawiają się w internecie, to jednak nigdy nie zostają one potwierdzone, zaś samym panom z Crystal Dynamics najwyraźniej pasuje tworzenie kolejnych Tomb Raiderów. Pożyjemy zobaczymy. W kazdym razie czekam na chwalebny powrót prawdziwych wampirów.

Ps - pozdrawiam graczy, posiadających wczesne modele ps3, które miały wsteczną kompatybilność :)

Bonus tematyczny: remaki które wróciły chodź nikt się ich niespodziewał:

1 Tomb Raider: Legend
2 Shadow Warrior
3 Cannon Folder 3

poniedziałek, 18 listopada 2013

Niemiły obowiązek część pierwsza


Witajcie! W życiu każdego człowieka czasem zdarza się taki dzień gdy nasz piękny pokój zmienia się w niesympatyczny chlewik. Zakurzone meble, brudna podłoga, walające
się tu i tam śmieci. To z pewnością największy koszmar wielu z nas. Jak sobie z tym poradzić?
Pokoiki mają to do siebie, że bez względu na to jak bardzo byśmy chcieli, nie posprzątają
 się same, oj nie! Potrzebna im jest nasza fachowa pomoc!!! W pierwszym odcinku nauczymy się jak myć podłogi.


Przygotowanie
By poprawnie posprzątać nasz pokoik najpierw musimy się upewnić, że mamy wszystkie potrzebne do tego narzędzia. Najpierw musimy przygotować siebie. Koniecznie kupmy parę gumowych rękawiczek. Przed zakupem sprawdźmy rozmiar by uniknąć niemiłych rozczarowań!!! Gumowe rękawiczki zwykle są żółte, ale warto zadać sobie dodatkowy trud by kupić różowe, by nasze sprzątanie stało się weselsze! Drugim niezbędnym elementem jest fartuszek, który uchroni nasze ukochane ciuszki przed przypadkowym zabrudzeniem. W szczególności polecam fartuszki z „Hello Kitty”. Za każdym razem gdy zwątpimy w naszą szlachetną misję, ta śliczna i przesłodka kicia doda nam odwagi!!! Zabezpieczmy także nasze włosy, gumką i chustką by uchronić je przed kontaktem z groźnymi chemikaliami. Naszą efektywność poprawi wzorek w kwiatki lub wesołe misie!!!

Teraz zajmijmy się narzędziami do sprzątania. Pamiętajmy, że w zależności od tego
co chcemy posprzątać, potrzebujemy innych narzędzi i środków czystości. Do konserwacji podłogi potrzebujemy miotły szufelki, mopa, wyrzynaczki wiaderkowej wiaderka, oraz płynu do mycia podłóg. Przy zakupie każdej z tych rzeczy kierujmy się ceną. Pamiętajcie,
że tańszym płynem też umyjecie podłogę, lecz droższy ładniej pachnie i lepiej się pieni. Wybieraj produkty oznaczone słowem „balsam” lub „pielęgnacja rąk” gdyż zawierają
one mniej substancji, szkodliwych dla Twojej skóry. Sprzątanie jest bardzo ważne,
ale nie powinniście tego robić kosztem waszego zdrowia!!! Dlatego lepiej przy kasie zapłacić trochę więcej pieniążków, aby mieć pewność, że nie kupimy czegoś co mogłoby nam zaszkodzić.
Zamiatanie
Zacznij od pozamiatania podłogi. W tym celu chwyć miotłę, przejdź na koniec pokoju
i energicznymi ruchami „do siebie” staraj się wmieść wszystkie pyłki, brudy i śmieci
w centralną część pokoju. Kontynuuj wzdłuż wszystkich ścian aż uporasz się z całym pokojem. Teraz połóż na ziemi szufelkę i używając miotły wmieć wszystkie brudy na nią. Możesz to zrobić samodzielnie lub poprosić kogoś o przytrzymanie szufelki. Brudy wyrzuć do śmieci. Gdy już pozbędziesz się pyłków i brudów czas zabrać się za…

…Mycie!!!
Nalej do wiaderka wody, tak do połowy. Wlej zakrętkę płynu do podłóg uważając
by się nie pochlapać! Weź mopa. Zanurz go w wiaderku, następnie ostrożnie włóż
go do wyrzynaczki i delikatnie, aczkolwiek stanowczo dociśnij by pozbyć się nadmiaru wilgoci!!! Zachowaj pełną ostrożność!!! W tym momencie możesz uszkodzić wyrzynaczkę lub przewrócić wiaderko!!! Z mopem postępuj podobnie jak z miotłą. Różnica polega na tym, że co klika chwil musisz ponownie zanurzać mopa w wodzie z płynem, by nie rozmazywać brudu mopem. Po kilku chwilach podłoga powinna lśnić jaśniejącym blaskiem!!!


Po sprzątaniu
Teraz jest bardzo trudny moment. Po myciu podłoga jest mokra i bardzo podatna
na zabrudzenia! Do tego jest śliska!! Możesz się przewrócić!!! Po umyciu koniecznie wyjdź
z pokoju (zatrzyj wszystkie ślady). Musisz odczekać kilka minut, aż podłoga wyschnie. Możesz ten proces delikatnie przyspieszyć otwierając okno na oścież i drzwi. Po kilku minutach powinno już być sucho i czysto jak w bajce!!!
Wodę z wiaderka wylej, bo strasznie cuchnie. Umyj wiaderko wodą z płynem, wykonując koliste ruchy. Następnie wytrzyj je ściereczką i zostaw w łazience lub w schowku. Mopa opłucz wodą i zostaw do wyschnięcia w wiaderku. Rękawiczki i fartuszek schowaj
w bezpiecznym miejscu, przyda się następnym razem!!!


To by było na tyle. W kolejnym odcinku nauczymy się jak myć okienka!!! Do następnego razu misiaczki!!!

Bonusy 1/2/3


wtorek, 12 listopada 2013

Napisz to jeszcze raz Sapkowski

Cóż, obawiam się, że ze względu na swoje fanbojstwo nie będę umiał napisać rzetelnej i obiektywnej recenzji "Sezonu burz" Andrzeja Sapkowskiego. Wyrażę więc jedynie swoją prywatną, subiektywną opinię, a pisać będę z perspektywy fana cyklu. Jestem blogerem, wolno mi :D


Po premierze gry "Wiedźmin 2: Zabójcy królów" w internecie zaroiło się od plotek. Sapkowski rzekomo miał stwierdzić, że nie podoba mu się fabuła gry i że nie uznaje jej jako kanoniczny ciąg dalszy. Odważniejsi plotkarze nawet sięgali po zapewnienia, że autor napisze jedyny słuszny oraz oficjalny ciąg dalszy, który zmusi fanów do wyrzucenia z pamięci tego co poznali w grach. Po tak buńczucznych zapowiedziach dostaliśmy... prequel. Wydarzenia z najnowszej powieści mają miejsce na kilka miesięcy przed słynnym opowiadaniem "Wiedźmin". Co ciekawe autor chyba się trochę wstydził tego faktu, bo jednoznaczne wyjaśnienie, że wydarzenia z "Sezonu burz" są "przed", a nie "po" otrzymujemy dopiero na koniec książki. Wcześniej kontekst jest przedstawiony tak ogólnikowo, że każda hipoteza wydaje się prawdopodobna.

Skrócony przegląd zmian wizerunku Geralta: Okładka powieści 

Michał Żebrowski w filmie "Wiedźmin" z 2001 roku

Ewolucja wizerunku Geralta
Omawiana powieść tak pod względem koncepcyjnym jak i fabularnym  przypomina zbiory opowiadań "Miecz przeznaczenia" i "Ostatnie życzenie". W zasadzie nie ma jednego wątku, który spajał by całość (no może poza chęcią odzyskania utraconej własności). Geralt ponownie jest wędrowcem nieustannie wplątywanym w cudze intrygi i zmuszanym do robienie wielu rzeczy wbrew swej woli. Każdy z głównych wątków jest na swój sposób autonomiczny. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby zmienić kolejność rozdziałów i je lekko przeredagować to otrzymalibyśmy kilka opowiadań. Każde z nich miałoby na własność: wstęp, rozwinięcie, zakończenie, punkt kulminacyjny i swoje zwroty akcji.
Także w przeciwieństwie do "Sagi wiedźmińskiej" nie jest to historia wielkiej wojny z punktu widzenia jednostki ale kolejny kwartał z życia Wiedźmina (mniej więcej tyle trwa akcja powieści)
Sama książka to taki delikatny autoplagiat w stosunku do wcześniejszych części. Powracają stare i dobrze znane motywy. Są flirty z ponętnymi czarodziejkami, intrygi dworskie, polowania na potwory, dyskryminacja nieludzi i chyba ulubiony motyw Sapkowskiego - utrata mieczy. Jakby się nad tym dłużej zastanowić, to Geralt swój ikoniczny oręż posiadał chyba tylko w opowiadaniach i w dwóch pierwszych odcinkach sagi. Później autor uznał z jakiegoś powodu, że Geralt gubiący miecze jak parasolki w tramwaju. jest ciekawszą postacią.
Fabuła choć oparta na schematach znanych z wcześniejszych odcinków wciąga i wywołuje przyjemny syndrom: "jeszcze jedna strona, chcę wiedzieć co będzie dalej", co naturalnie uważam za wielką zaletę.

Komiks z lat 1993-1995

Jak zwykle zaletą powieści jest język Sapkowskiego i pewien ironiczny stosunek do fantasy jako gatunku. Tam gdzie inny autor wprowadziłby patos, pan Andrzej raczy nas groteską i kpiną. Uwaga o zniewieściałym czarodzieju jest niczym cios wymierzony w mędrców elfiej narodowości z "Władcy Pierścieni". Kobiety wojowniczki. W typowym fantasy, np w "Skyrimie" byłyby to seksowne aż do przesady, wyidealizowane lalki Barbie w wyprofilowanych płytowych zbrojach zakrywających tyle co dziurawe bikini. U Sapkowskiego kobiety wojowniczki są umięśnione niczym Mariusz Pudzianowski, mają łyse głowy i namiętnie pierdzą po diecie złożonej z grochu, fasoli i kapusty. Takich "smaczków" jest tu więcej, jest się z czego pośmiać.

Gra "Wiedźmin" z 2007 roku

Jedną z poważniejszych wad "Sezonu burz" jest brak nowości i pewna wtórność. Wszystko już było. Sama powieść nie jest jakoś bardzo zaskakująca, a świadomość, że to prequel sprawia, że intryga jest jakby mniej pasjonująca i emocjonująca. Gdy ktoś straszy Geralta odłożoną w czasie zemstą, my już wiemy, że swej groźby nie spełni, chyba, że akurat nie czytaliśmy/nie pamiętamy wcześniejszych odsłon. Kolejną przywarą jest niezbyt ciekawe zakończenie. Przedostatni rozdział jest dopisany trochę na siłę tylko po to by połączyć tegoroczną publikację z opowiadaniem "Wiedźmin". Niby wszystko się kończy ale brakuje w tym jakiejś kropki nad i, jest za to niedosyt.

Gra Wiedźmin 2 z 2011 roku 

Być może jestem uprzedzony. Książkę mimo jej wad czyta się przyjemnie. Dawno już nic mnie tak nie wciągnęło. Jednak to nie jest to co chciałem przeczytać. Parafrazując jedną z postaci: "Ale ja chciałbym wiedzieć więcej! O Yennefer. O Ciri. O tym jak naprawdę się skończyła tamta historia" Odnoszę wrażenie, że autor postanowił pójść na łatwiznę. Tworząc "jedyną słuszną kontynuację" musiałby rywalizować z scenarzystami gry. Fani musieliby wybrać, które zakończenie podoba im się bardziej. Sapkowski by wygrać taką rywalizację musiałby napisać coś naprawdę dobrego, a to rodzi ogromną presję. Wybierając utartą ścieżkę prequelu, zdecydował się na bezpieczny powrót do konwencji, która fani wspominają z rozrzewnieniem. Nie chodzi tu więc o "co", ale "jak". Tym, którym nie podobała się nazbyt patetyczna fabuła sagi, spodoba się skromniejsza wymowa "Sezonu burz", gdzie Geralt niczym w "Ostatnim życzeniu" wędruje od awantury do awantury bez wyraźnego celu, za to z refleksją nad otaczającym go światem.
Mam też zastrzeżenia do samej koncepcji prequelu, który tak naprawdę mało wnosi. To po prostu jeszcze jedna opowieść o Geralcie, takim jakiego pamiętamy z opowiadań. Czyż nie byłby to ciekawszy prequel gdyby pokazano w nim młodość Geralta? Jego pierwszy rok jako pogromca potworów? Jego pierwsze walki z potworami itd? "Sezon burz" nie poszerza naszej wiedzy i naszego wyobrażenia o postaci. To dokładnie taki sam Geralt jak w wcześniejszych książkach.

A tak Geralt ma wyglądać w 2014 roku

Nie umiem jednoznacznie ocenić najnowszej powieści Andrzeja Sapkowskiego. Cieszę się z nowej historii. Z kolejnej książki o jednym z ciekawszych bohterów literackich ostatnich lat. Jednak wolałbym kontynuację. Wolałbym by było tam więcej o Yennefer i Ciri. Wolałbym szumny powrót Białego Wilka od skromnego prequela.
Mimo wad. Polecam książkę fanom, a także tym, którzy nigdy wcześneij Wiedźmina nie czytali. "Sezon burz" ma w sobie wszystko to za co polubiliśmy Geralta i samego Sapkowskiego. Opis mało optymistyczny bo to powtórka z rozrywki, a nie wielki i oczekiwany powrót.



Bis i epilog
Tak by wyglądał Geralt gdyby jego gra wyszła w 1997 roku 

Po lekturze wypada zadać pytanie co dalej? Liczyłem bardzo, że "Sezon Burz" rozpocznie nową sagę. Na to jednak się nie zanosi. Jednak Epilog przenosi nas do roku 1373. 105 lat po śmierci Geralta. W epilogu pojawia się tajemniczy białowłosy wiedźmin, posługujący się nowym znakiem i innym stylem walki (dwa miecze naraz). Czyżby zapowiedź nowej sagi osadzonej w innych realiach ze zmienionym bohaterem? Prawdę mówiąc - nie mam nic przeciwko. Takie zmiany mogłyby wnieść powiew świeżości do serii, która wyraźnie zaczyna się już powtarzać. Mam jednak wątpliwości. Nowy tajemniczy Wiedźmin wygląda podobnie jak stary, jest gadatliwy niemal tak samo jak Jaskier i też używa mieczy. Niby jest kimś nowym, ale już wydaje się bardzo znajomym. A realia? Czy 100 lat naprawdę robią taką różnicę w zacofanym średniowieczu? Jestem ciekaw co z tego wyjdzie i kibicuję Sapkowskiemu, ale uważam, że autor powinien pójść na całość. Może przenieść akcję do XIX wieku? Wzorem gry Arcanum położyć większy nacisk na konflikt magii i przemysłu. Stworzyć wiedźmina, który ma srebrny miecz na potwory i rewolwer na ludzi? Zaproponowana zmiana przywodzi mi na myśl Devil May Cry 4 - niby zmieniono tam bohatera, ale jednego gościa z mieczem i białymi włosami i złośliwym poczuciem humoru, zastąpiono innym białowłosym młodzianem z mieczem i ciętym poczuciem humoru. Jak już zmieniać to diametralnie. Półśrodki nikomu nie służą.

Bonusy
1/2/3