Tytuł
nowego filmu Alfonso Cuarona o astronautach w przestrzeni kosmicznej to jedna z bardziej pomysłowych ironii jaką widziałem w ostatnim czasie. Nie chciałem
być gorszy. Tytułowa „Życzliwość” to antonim słowa „ironia”, wyrazu, który siłą
rzeczy, jeszcze długo będzie mi się kojarzyć z filmową „Grawitacją”.
Nie pamiętam czy już o tym wspominałem ale oficjalnie nie lubię remake-ów. Zwykle traktuję je jako skok na kasę. Żyjemy w kulturze sequeli i księgowych obawiających się wyzwań i ryzyka. Stworzenie kolejnej części większego cyklu, ewentualnie jakiegoś remake-u to zawsze mniejsze ryzyko niż wykreowanie nowej marki. Bo "lubimy tylko te piosenki, które znamy", a skoro showbiznesem rządzą księgowi, to mogą przejść tylko te projekty, które mogą się sprzedać. Ten pogląd zabija oryginalność ale jednocześnie sprawia, że "hajs się zgadza".
Tyle się zarabia na odgrzewanych kotletach
Potrzebę remake-u potrafię zrozumieć w sytuacji gdy jakieś dzieło zbyt mocno się zestarzało przez co jego przesłanie nie ma szans trafić do współczesnej widowni. Wówczas treść dzieła należy zmodyfikować tak by zachować ducha oryginału i siłę oryginalnego przesłania.
Doskonałym przykładem będzie chociażby "Poskromienie Sekutnicy" (sztuka "Romeo i Jula" też by się nadała, ale nie chcę wyjść na kogoś kto zna tylko jedną sztukę Szekspira i ma się za intelektualistę, choć w rzeczywistości jest co najwyżej "yntelektualistą". No więc "PS" oryginalnie jest o ludziach, którzy nie chcę się ustatkować, mają problem ze znalezieniem partnera, cierpią na zbytnią wybredność, ot takie bzdety. W oryginale główny bohater swoją intrygą zmodyfikował tytułową sekutnicę do swoich potrzeb czyniąc z niej modelową kurę domową, która nie mówi, nie myśli, tylko działa. Działa czyli pierze, gotuje, wychowuje dzieci itp. To przesłanie było w akceptowalne w czasach elżbietańskich gdzie powszechnie uważana iż kobieta służy tylko do tych czynności i osobowość czy charakter nie są jej potrzebne. Dziś jednak takie przesłanie by nie przeszło. Czasy się z mieniły a każdy szaleniec próbujący wskrzesić oryginalne przesłanie, zostałby spalony żywcem przez feministki, badaczy/badaczki genderowe i facetów próbujących poderwać dziewczyny w klubach na tekst: "jestem wrażliwy i szanuję kobiety".
A tyle na nowych pomysłach
Dlatego też w remake-u "Zakochana złośnica" ze świętej pamięci Heathem Ledgerem. to film także poruszający problem trudności związanych z budowaniem związku, znajdowaniem partnera/partnerki, dopasowanie charakteru itp jednakże film pod względem wizerunku kobiety jest bardziej dopasowany do czasów obecnych. Dla Patricka, Katarzyna nie jest potencjalną niewolnicą, ale wyzwaniem. Dziewczyną, która z heroicznym uporem opiera się jego urokowi osobistemu. Główny bohater zmienia więc taktykę. Próbuje spojrzeć na świat jej oczami. Chce jej zaimponować ale jednocześnie udowodnić swoją wartościować i okazać jej szacunek. Nowa wersja jest więc pochwałą związków partnerskich, w znaczeniu: "dobierajmy się w pary, bo mamy wspólne zainteresowania i pasujemy do siebie, nie dlatego, że ktoś musi mi zrobić pranie". Efektem jest sympatyczna komedia romantyczną, którą nawet JA jestem w stanie oglądać bez konieczności poprawiania sobie nastroju alkoholem, kofeiną lub brutalnymi grami, albo wszystkim na raz.
Carrie to inna historia.
Plakat Carrie 1976
Przyznaję, że nie widziałem nowej wersji. Właściwie to nawet się na nią nie wybieram. Nie zrozumcie mnie źle. Kino jest fajne, ale drogo kosztuje, a widok obmacujących się par męczy, dlatego spasuję. Rozumiem jednak potrzebę stworzenia remake-u.
Carrie AD 2013 oczywiście można potraktować jako skok na kasę (pewnie tak jest), ale jeden wątek oryginału z 1976 roku (wiem, nie czytałem książki i ma być mi wstyd - jest mi wstyd) szczególnie mnie zainteresował. Zjawisko, które anglojęzyczni ludzie określają jako bully - czyli znęcanie się uczniów nad rówieśnikami. Prawdopodobnie to problem starszy niż same szkoły, zauważony pewnie przed 1976 rokiem. Jednakowoż pozostaje on aktualny.
Zwiastun Carrie 1976
Jak świat długi i szeroki obrazek grupy uczniów śmiejących się z jednej osoby powtarza się co roku, z pewnością częściej. Taka nasza historia, taka nasza cywilizacja.
Na pewno spotkaliście się ze zjawiskiem znęcania się nad uczniami. Może to z was się śmiano, może to wy się śmialiście. Może widzieliście coś podobnego, ale udaliście, że jesteście zajęci i nic nie zrobiliście. Sedno sprawy leży w tym, że problem istnieje od początku świata i nikt go nie rozwiązał. Niewielu próbuje, większości to nie obchodzi, ale to negatywne zjawisko nadal istnieje i istnieć będzie.
Tytułowa Carrie to modelowy przykład ofiary znęcania się nad rówieśnikami. Jest indywidualnością, Wyróżnia się. Grupa ją krytykuje bo słabo jej idzie gra w siatkówkę. Grupa śmieje się z niej, bo Carrie nie rozumie tego co dzieje się z jej ciałem w szatni. Gdy nauczycielka karze grupę za ich naganne zachowanie, samica alfa (jedna z koleżanek) planuje okrutną zemstę, bo tak trzeba, bo każdy musi znać swoje miejsce w szeregu, bo w jej durnym alfa-mózgu nie mieści się poszanowanie dla indywidualności.
Carrie 1976
Carrie można traktować jako przerażający horror o młodej telekinetyczce, której "odbija palma" co w konsekwencji prowadzi do śmierci wielu osób. Według mnie cała fantastyczna otoczka jest tylko po to by zaserwować ważny (choć przemilczany) problem, w atrakcyjnej dla wielu widzów formie.
Postać Carrie o wiele łatwiej zrozumieć osobą, które same mają nieprzyjemne wspomnienia ze szkoły. Carrie nie jest krwiożercza. Chce żyć jak inni, próbuje się zintegrować. Nie chce wierzyć we frazesy swojej matki. Chce żyć jak inni, chce być akceptowana. Chce by inni dostrzegli w niej coś wartościowego, a nie tylko worek treningowy na którym można się wyżyć celem poprawy własnej samooceny. Ale społeczeństwo tak nie działa. Mikrospołeczność jaką jest szkolna klasa, podobnie jak, większe zbiorowości potrzebuję wroga. Najlepszym wrogiem, jest ktoś obcy, niezintegrowany, którego można bezkarnie wyśmiać i tym samym zranić. Bo masa jest wszystkim a jednostka niczym. To zdaje się krzyczeć "samica alfa", gdy krzyczy do grupy, że "nic nam nie zrobi, gdy będziemy trzymać się razem".
Dla porównania plakat Carrie ad 2013
Carrie jest postacią tragiczną bo zostaje osamotniona. Jej matka, odrażająca karykatura tak rodzica jak i osoby wierzącej, żyje we własnym świecie, w którym matczyny grzech, może odkupić córka za cenę własnego życia, a wiara jest tylko marną próbą usankcjonowania własnego szaleństwa. Dyrektor szkoły bagatelizuje problem - podobnie jak i setki, jeśli nie tysiące innych nauczycieli w prawdziwym świecie. Pomoc oferują jej, właściwie tylko dwie osoby. Nauczycielka wychowania fizycznego i młody chłopak zmuszony przez swoją dziewczynę do zaproszenia Carrie na bal. Oboje dostrzegli w Carrie wartościową kobietę, niesprawiedliwie potępioną przez klasę. Nauczycielka dostrzegła, problem, lecz zrobiła to za późno, przez co jej działania nie przyniosły skutku. Chłopak wbrew własnej woli został wciągnięty w chorą intrygę. Jako jedyny rówieśnik Carrie nie rozumiał wymierzonej w tytułową bohaterkę nienawiści i jako jedyny równolatek pokazał jej lepsze życie.
Sednem tragedii Carrie jest jej sen. Jej spełniony sen o zemście na każdej osobie, która sprawiła jej ból. Ale sen był tak naprawdę koszmarem. Carrie w swym gniewie zabiła nie tylko oprawców, ale także jedyne osoby, które próbowały jej pomóc, które dostrzegły w niej człowieka. Wytłumaczenie, że gniew Carrie był ślepy i bezmyślny jest zbyt proste i nie dotyka głębi, dlatego jej odrzucam.
Czy izolacja w celach samoobrony jest mieczem obosiecznym? Skrzywdzeni często unikają kontaktów z kimkolwiek. Chcą zostać sami z własnym żalem, który w takich chwilach staje się jedynym szczerym przyjacielem, który zadaje nam ból dla naszego własnego dobra, by nas umocnić i uchronić przed okrutnym światem zewnętrznym. Czy rodząca się wówczas w ludzkich umysłach nienawiść do każdego oraz do siebie, krzywdzi nie tylko nas, na pewno nie oprawców, a najbardziej właśnie tych, którzy widzą w nas dobro?
Dla porównania zwiastun Carrie 2013
Problem nadal istniej i wciąż jest ignorowany. Co ofiara znęcania przez rówieśników ma zrobić? Wielu nauczycieli uważa, że "to tylko wyzwiska, to nic takiego", ale słowa ranią bardziej niż ciosy pięścią. Ofiara nie zyskuje więc wiele skarżąc u nauczyciel. Właściwie to nawet traci, bo przecież nikt nie lubi kapusiów, konfidenci muszą być karani. Tak więc uczeń idący na skargę naraża się na gniew grupy i tym samym pogarsza swoją sytuację. Walka na pięści w celu obrony własnej godności? Ci sami nauczyciele, którzy mają w nosie to jak ktoś kogo przezwał, nagle robią się bardzo interesowani gdy temat schodzi na walkę wręcz. Wówczas to ofiara staje się oprawcą. Ten kto bije zawsze jest tym kto ma zaburzenia osobowości, jest agresywny i powinien porozmawiać z psychologiem lub mieć obniżone sprawowanie. Ten kto prowokuje i przyjmuje cios w mordę jest "bohaterem", który nadstawił policzek dla wielkiej sprawy upokorzenia ofiary, która i bez tego nie ma już godności.
Czy film "Carrie" z 2013 roku w swej atrakcyjniejszej wizualnie formie niż oryginał z lat 70. ma szansę nagłośnić negatywne zjawisko i przyczynić się do zmiany świadomości młodych ludzi? I tym samym choć częściowo ograniczyć szkolną falę? Cóż podtytuł bloga coś sugeruję prawda? Nie. Z pewnością nie. Jeden film to za mało by naprawić problem społeczny, będący chorą tradycją wielu placówek oświatowych.
Jednak, w związku z modą na zapełnianie kanonu lektur powieściami zachodnim, zastanawiam się czy to właśnie "Carrie" nie powinna być lekturą obowiązkową? Cytując agenta Muldera z "Z archiwum X": chcę wierzyć. Chcę wierzyć w to, że zdolny nauczyciel potrafiłby uczniom wytłumaczyć, że Carrie nie jest o szalonej telekinetyczce, tylko o przyzwoitości, a właściwie jej braku.
Niniejszy
post dedykuję Kalliopę, greckiej muzie, która ostatnio się na mnie obraziła.
Z
jednej strony niemoc twórcza to żaden wstyd. Do czegoś podobnego przyznawał się
chociażby Stephen King, który przecież uważany jest za jednego z
najwybitniejszych pisarzy. Tyle tylko, że biorąc pod uwagę dorobek Kinga – jego
niemoc to niepisanie 3 książek rocznie, moja to niepisanie na blogu od
dłuższego czasu. Brak pomysłów na temat i świadomość tego, że każdy mój pomysł
to coś zupełnie odwrotnego do oczekiwań czytelnika. Każdy zaczęty tekst to
chłam, pisany do drugiej strony i porzucany jako „obraza niegodna mojego pióra
i oczu czytelników”.
Jednak
King wreszcie się przełamał. Napisał powieść o gościu, który nie może skończyć
książki, tym samym popełniając ,w opinii wielu, jeden z najlepszych horrorów w
dziejach. Tak i ja muszę wreszcie przeprosić się z Kalliope i coś w końcu
napisać.
Tak
więc nadobna Kalliope! Jeśli jakimś cudem to czytasz, nie gniewaj się na mnie
więcej. Przepraszam za te wszystkie słabe teksty i niespełnione obietnice co do
wspaniałych cyklów i błyskotliwych interpretacji. Inspiruj mnie (tak bym miał
chociaż te 3 kafle odwiedzin) a w zamian będę pisać i sławić Twe imię.
Tak
więc ku chwale Kalliope, le właściwy
tekst:
Oceny, tortury i
obrażona Kalliope
Przyznam
szczerze, że jakiś czas temu moja wiara w oceny w recenzjach mocno podupadła,
zaś ostatnie teksty zniszczyły ją całkowicie do tego stopnia, że planuję
obmyślić własną skalę ocen, z założenia parodiującą te wszystkie gwiazdki,
oczka, serduszka i sejmitary.
Jedno
z pierwszych „załamań wiary” przeżyłem przy okazji „Dead Space 3”. Grę na
(nie)szczęście zamówiłem przed premierą. Jedną z większych zalet grania przed
ukazaniem się pierwszych recenzji w Internecie jest to, że można wyrobić sobie
na temat gry własne zdanie bez kontekstu przeczytanych tekstów. W mojej opinii
gra może nie była doskonała, ale byłą w miarę udaną kontynuacją sympatycznej
serii survival horrorów, biorącej co najlepsze z „Horyzontu zdarzeń” i „Resident
Evil”. Toteż (już po premierze) zaskoczyły mnie niskie oceny tej gry. 7/10 to
coś o czym sam myślałem, ale 5/10 to już trochę mało, a tyle gra dostała na
portalu „CD-Action”. Szczerze mówiąc – nie chodzi o ocenę jako taką. Nie mam 5
lat. Moje ulubione gry nie muszą mieć 11/10 bym czuł się dobrze ze swoim hobby.
Bardziej dotknęła mnie słaba argumentacja. Koronne argumenty to „bo to nie
horror” i „ma brzydką grafikę”. To drugie to wypadkowa stanu faktycznego i
osobistych preferencji. Mi się podobała, choć miałem świadomość, tego, że są
ładniejsze gry na rynku. Pierwszy argument to z kolei, lekkie nieporozumienie.
Już pierwszej części zarzucano, że gra „nie jest straszna”, ja sam traktowałem
serię „DS” jako strzelankę z paskudnymi potworami i było mi z tym dobrze. Z
resztą paradoks takiej argumentacji jest tym większy gdy przyjrzymy się innym
grą. Jestem za leniwy by podawać setki przykładów, więc sięgnę po ten
najbardziej jaskrawy. „Modern Warfare 3” – gra brzydka, która nie jest horrorem
i która, podobnie jak („DS 3”) jest mało oryginalna. Ocena 8.5. Dlaczego?
Problem
z argumentacją dotyczy wielu recenzentów. Jeszcze jeden – mój ulubiony
przykład. Także na portalu „CD-Action” pojawia się recenzja „Far Cry 3”. Autor
pisze, że gra ma dojrzała fabułę, ale nie popiera tego ani jednym argumentem.
Sorry, ale dla mnie historia o „imprezowym chłopcu” wyżynającym piratów i
łowców niewolników przy użyciu maczety i broni palnej to raczej coś co nazywam
zaprzeczeniem dojrzałości niż jej potwierdzeniem, a to dlatego, że taki pomysł
bardziej przypomina dziecięce marzenie lub skrajny oniryzm (może nawet
narkotyczny) niż coś co mógłbym traktować poważnie.
Niedawno
w mediach pojawił się jeszcze skrajniejszy przykład bezsensu ocen i
jednocześnie dowód na to, że recenzje trzeba czytać, a nie tylko liczyć
gwiazdki. Olaf Szewczyk w swojej recenzji dla „Polityki” wystawił grze GTA 5
tylko jedną gwiazdkę. Surowość cenzurki zaś uzasadnił obecnością w grze sceny
tortur, która go wybitnie zbrzydziła i całkowicie zabiła przyjemność płynącą z
gry.
I
tu się zaczynają schody.
Tortury
to wbrew pozorom żadna nowość w grach. By nie szukać daleko pamięcią takie
sceny pojawiają się w tegorocznych „Splinter Cell: Blacklist” i „The Last of
Us”, w których to tortury objawiały się w formie nieinteraktywnych scenek
przerywnikowych. Interaktywne znęcanie się nad wrogiem z kolei można było
uprawiać w „Splinter Cell: Conviction”, „Call of Duty Black Ops” i „Punisher” i
nie są to jedyne przykłady. GTA 5 na tym tle wyróżnia się większą brutalnością
i dosłownością, choć to i tak nie zmienia faktu, że problem nie jest nowy i pan
Szewczyk zwyczajnie go przegapił.
Nie
będę szerzej rozwodził się nad tym czy w grze powinna być scena tortur czy też
nie, bo ten wątek poruszyli Cubituss i Szewczyk na swoich blogach.
Zainteresowanych zapraszam pod wskazane adresy. Mnie zastanawia coś innego. Czy
jedna scena wystarczy by przekreślić całą grę i obniżyć jej ocenę do 1/6? Czy o
to chodzi w recenzjach?
Olaf
Szewczyk sugeruję bowiem, że każde dzieło, bez względu na swój przekaz czy
jakość nie zasługuje na uwagę jeśli zawiera w sobie brutalne sceny. To ryzykowny
pogląd. Szewczyk w ten sposób przekreśla całą kulturę antyczną i
średniowieczną. Całe dziedzictwo kulturowe świata idzie do kosza. Co z tego, że
sztuka „Król Edyp” porusza trudne tematy skoro jest w niej scena samobójstwa i
samookaleczenia? „Illiada” jako gorzka refleksja nad ludzką małostkowością, namiętnością,
zazdrością, chciwością i całym złu jakie te uczucia mogą wyrządzić innym? Nie.
Są okrutne sceny więc trzeba to spalić. „Nowy Testament”, dla Chrześcijan
święta księga, źródło zasad moralnych, wskazująca drogę życia, dla innych
niesamowita opowieść o przebaczaniu, ludzkich namiętnościach i wewnętrznej
walce dobra ze złem? Nie, nie, nie – żadnych wartości bo jest tam scena
tortur!!! Ocena 1/6!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! AGGGGRRRRRR!!!!!!!
Szewczyk
bardzo upraszcza sprawę sugerując, że pojawianie się sceny tortur w GTA 5 może
inspirować innych do szerzenia zła. Czy więc „Biblia” w jego mniemaniu jest
dziełem bezwartościowym? Przyjrzyjmy się jej. Są gwałty, morderstwa, kazirodztwo,
tortury, palenie żywcem sceny krzyżowań i zagłada całej cywilizacji. Głębsza
lektura „Starego Testamentu”
udowadnia,
że programiści z Rockstar-a są takimi sami specami w dziedzinie kontrowersji
jak dziecko mówiące „dupa” jest mistrzem elokwentnych wulgaryzmów.
Nie
twierdzę, że scena tortur z GTA 5 nikogo nie zainspiruję do krzywdzenia ludzi.
Z pewnością ktoś kupi tą grę tylko po to by wyrwać komuś ząb. Film „Johnny
Mnemonic” udowadnia, że zawsze znajdzie się jakiś świr, który przeczyta „Biblię”
tylko po to by usprawiedliwić swoją rządzę krwi. Nie w tym rzecz. Wolę wierzyć,
że panowie z R* naprawdę chcieli potępić tortury. Ale by coś potępić i być w
tym przekonującym, trzeba to pokazać.
Bo
czy Fiodor Dostojewski byłby tak wiarygodny w swoim sprzeciwie wobec zła, gdyby
po prostu stanął na skrzynce na środku miasta i zaczął krzyczeć: Hej! Nie zabijajcie staruszek, bo to zło!
Zamiast tego napisał „Zbrodnię i karę” jedną z najwybitniejszych powieści w
historii literatury. Sugestywność „ZiK” bierze się stąd iż całość – włącznie z
naturalistyczną sceną zbrodni została napisana z punktu widzenia bohatera.
Jesteśmy świadkami procesu myślowego, który nakłonił go do zbrodni, następnie
okrutnego zabójstwa, wreszcie przemiany bohatera. Choć powieść zawiera w sobie
brutalne sceny, a słowa bohatera mogą być inspiracją dla naśladowców to jednak
nikt nie ma żadnych wątpliwości co do jej wymowy. Nikt nie oskarża Dostojewskiego
o nawoływanie do zabijania staruszek. Dostojewski pokazał zło w sposób wiarygodny
ze wszystkimi konsekwencjami i pozwolił czytelnikom wyciągnąć własne wnioski.
Jeżeli on mógł zaufać swoim odbiorcą, dlaczego współcześni moraliści odmawiają
tego zaufania twórcą GTA 5?
Swoją
drogą - a co tam będę złośliwy – tekst Olafa Szewczyka jest doprawiony szczyptą
hipokryzji. Sam przyznaje, że gra podobała mu się do sceny tortur. Potem już
nie. Czy to więc oznacza, że autor brzydzi się wyrywania zębów i bicia kluczem
francuskim, ale strzelanie i kradzież jest dla niego ok? GTA 5 zaczyna się
sceną napadu na bank, w której najpierw grozimy automatyczną bronią bezbronnym
klientom, następnie z zimną krwią strzelamy w głowę ochroniarzowi, a chwilę
później, równie beznamiętnie, zabijamy policjantów i kradniemy samochody.
Sam
Szewczyk zauważył, że gracz wybiera metodę tortur. Kto mu każe sięgać po te
najbardziej brutalne? Wyrwanie zębów i rażenie prądem jest okrutne to prawda,
ale przecież na koniec sceny oprawca-Trewor wypuszcza ofiarę. Użycie kombinerek
pozbawia zębów, użycie M4 pozbawia mózgu, co prowadzi do śmierci. Dlaczego
zabijanie jest ok a bicie już nie? Złe jest jedno i drugie, więc Szewczyk
powinien od razu wyłączyć konsolę lub zostawić pudełko w sklepie.
Prywatnie
rozumiem Olafa Szewczyka. Jako osoba prywatna miał pełne prawo zbrzydzić się
okrutną sceną i zniechęcić się do gry. Mnie samemu zdarzało się porzucać jakiś
film z powodu dodam w mojej ocenie niepotrzebnej brutalności, dlatego właśnie
nie lubię filmów z serii „Piła” i „Oszukać przeznaczenie”. Także w trakcie
lektury „Zbrodni i kary” czułem niechęć do bohatera zabijającego bezbronną
staruszkę. Ale czy recenzent może pozwolić sobie na taki luksus? Lubimy sobie
wyobrażać idealnego recenzenta jako nieomylnego. Subiektywnego, ale jednak
sięgającego po obiektywizm, gdy jego opinia zanadto godzi w rzetelność. Ja
osobiście dopisałbym do tego fragment: najpierw
próbuje zrozumieć, dopiero potem potępiać. Czyż nie po to są publicyści by
wyjaśniać niejasności i odkrywać drugie dno, tam gdzie inni widzą jedynie
powierzchowne znaczenie? Jeżeli ktoś widzi w „Iliadzie” tylko pochwałę
zabijania to zła jest książka? Zły jest Homer? Czy może interpretacja nie jest
dość głęboka? Jedno jest pewne – potępianie dla poklasku i rozgłosu (pomyśleć, że
jeszcze kilka dni temu nie wiedziałem kto to jest Olaf Szewczyk) zostawmy
tabloidom. Bonus: 1 Dla wiernej czytelniczki. 2 Dla wiernych czytelników. 3 Dla fanów dobrej muzyki 4 Dla antyfanów pożarów
Gdybym był Antonim Słonimskim, te dwa zdania wystarczyłyby wam za recenzję, ale niestety nie mam jeszcze renomy superbohatera polskiej krytyki, więc muszę swój sąd uzasadniać.
W "Nocy Oczyszczenia" najlepszy jest pomysł na jedną noc w roku, kiedy każda zbrodnia będzie legalna, a także jej uzasadnienia. W części wprowadzającej do filmu nasłuchamy się wielu uzasadnień, będących raczej dowodem upadku moralnego społeczeństwa USA niż potwierdzeniem ich pomysłowości. Tytułowa czystka ma być lekiem na kryzys gospodarczy, biedę, problemy psychiczne, przestępczość itp. Niesamowite jest to jak bohaterowie filmu ślepo wierzą w to co mówią. Jak bardzo nie zdają sobie sprawy z bełkotu jaki z siebie wyrzucają. Jak bardzo nie dopuszczają do siebie myśli, że Czystka służy tylko producentom broni, zabezpieczeń domu i ewentualnie grabarzom.
W dalszej części filmu otrzymujemy dość prosty i raczej nudny slasher. Nic czego w kinie do tej pory nie widzieliśmy. O to jak ciekawy pomysł przekuto na oklepane kino w stylu "Piątku trzynastego". A przecież można było zrobić z tego dramat psychologiczny o kulisach wprowadzenia prawa Czystki, gdzie niczym w "House of Cards" zwolennicy i przeciwnicy Czystki ścierali by się ze sobą, a politycy kombinowali by co im się bardziej opłaca i do jakiej opcji się przyłączyć. Taka formuła filmu dałaby też większe pole do popisu na pokazanie degeneracji moralnej Ameryki, gdzie cyklicznie wybuchają strzelaniny. Autentycznie chciałbym zobaczyć scenę w której główny bohater z przerażeniem odkryłby, że jednym z największych zwolenników nowego prawa jest miły sąsiad, albo sympatyczna starsza pani, sprzedawczyni z osiedlowego sklepiku. A co gdyby ich przeciwnikami politycznymi byli byli skazańcy, którzy po resocjalizacji w więzieniu nawoływaliby do zaprzestania bezsensownego zabijania, a za przykład moralnego upadku wskazywaliby siebie samych? Czy naprawdę nie było bardziej subtelnej metody na pokazanie zbiorowego szaleństwa niż kręcenie scen z nastolatkami w maskach biegających po domu z maczetami i strzelbami?
Twórcy filmu nie docenili też pomysłowości ludzi. Niby każda zbrodnia jest legalna, ale bohaterowie filmu interpretują to wyłącznie jako zezwolenie na zabijanie żebraków. Żebraków, bo bogaci chowają się za ultranowoczesnymi zabezpieczeniami domu, a politycy i urzędnicy państwowi i tak mają immunitet. Ale hej! Każda zbrodnia jest legalna. Każda. KAŻDA. To dlaczego żaden bohater filmu nie próbuje okraść banku? Lokalnego Media Markt? Czemu nikt nie wykorzystuje tytułowej czystki do przestępstw gospodarczych? Masowe wręczanie łapówek w jedną noc? Masowe przekraczanie granic? Korzystanie ze zniżek PKP bez legitymacji? Fałszowanie dokumentów celem uzyskania jakiś korzyści? Jej myślałem nad tym raptem 5 minut, a już mam więcej pomysłów na to jak złamać prawo w 12 godzin!
I kolejna wada filmu, nieco bardziej prozaiczna. Film jest mroczny, tj. większość akcji filmu kręcona jest w słabo oświetlonych pomieszczeniach, więc na ekranie widać tyle co kot napłakał. Pewnym ratunkiem są opcje konfigurowania jasności ekranu, ale mówiąc szczerze - jakby twórcy mieli co pokazać do nie kręciliby przy zgaszonym świetle. Tak łatwiej ukryć słabą grę aktorską, czy brak pomysłu na akcję filmu. To mogła być ciekawa historia o ludziach łamiących prawo na milion sposobów, lub ludziach w imię korzyści materialnych (polityk przepycha ustawę o Czystce bo dostał lukratywną łapówkę od przemysłu zbrojeniowego?) podejmujących niemoralne działania, prowadzące do anarchii i zachwiania wiary w człowieczeństwo i przyzwoitość.
Ten film mógł być lepszy, a tak wyszło coś o chce być "Szklaną pułapką" i "Krzykiem" jednocześnie, ale jest słabsze od obu.
Ostatnio w mediach sporo mówi się o telewizji, o internecie, o tym jak jedno medium wymusza na drugim zmiany itp bla bla bla. W "Polityce" z 17 lipca piszą, że telewizja stoi przed wielką szansą bo naziemna telewizja cyfrowa ma już zasięg ogólnopolski, więc każdy kto ma telewizor z MPEG 4 lub odpowiedni dekoder może cieszyć się szerszą ofertą programową.
Z kolei w "Focusie" piszą, że telewizja umrze, bo ludzie wolą internet.
Bez względu na to czy telewizja upadnie czy też będzie żyć - nie mogę przestać podejrzewać szefów stacji o małą pomoc w swoim upadku. Tak jakby dysponenci mediów mniej lub bardziej świadomie, poprzez swoje złe decyzje sami kopali sobie grób. Tak więc, dlaczego nie ekscytuję się jesienną ramówką i z góry zapowiadam kontynuację mojego, trwającego już ponad 3 lata (czy nawet 4) bojkotu telewizji?
Akt 1 - Reklamy przerywane filmami.
Nie ma nic bardziej frustrującego niż sytuacja gdy oglądasz sobie taką fajną reklamę kredytu bankowego, a tu nagle film. No nic tylko zzielenieć ze złości i ruszyć na miasto.
A tak na poważnie - nadmiar reklam to jedna z przyczyn dla których przestałem oglądać filmy na Polsacie i TVN-ie. W moim przypadku ciągłe reklamy sprawiały, ze traciłem zainteresowanie filmem i szedłem zajmować się czymś innym, Co ciekawe do władz stacji chyba dotarło, że przez takie praktyki tracą widzów. Ostatnio w TVN 7 obejrzałem "Matrix-a" i mocno się zdziwiłem, że tak mało reklam wyemitowano. Zmiana na lepsze? Porzucenie jednej z najbardziej irytujących praktyk? Aż takim optymistą nie jestem. To była tzw. powtórka powtórki powtórki. Gdy wyemitują coś nowego znów twarz miłego pana kuszącego - "zadłuż się, zastaw się a postaw się", będziemy oglądać częściej niż to co faktycznie chcieliśmy obejrzeć.
Ale to nie jedyny powód dla którego filmy w TV straciły swą atrakcyjność. Słabe nowości i powtórki, emitowane nawet jesienią to licha konkurencja dla coraz tańszych filmów na DVD oraz internetu. I nie mam tu na myśli telewizji na życzenie, której popularność ponoć utrzymuje się na granicy błędu statystycznego, ale mam tu na myśli strony takie jak zalukaj.tv czy alekino.tv, które za niewielką opłatą pozwalają na korzystanie z bogatej oferty filmów i serialu, kiedy tylko mamy na to ochotę.
Akt 2 - seriale zagraniczne.
Nie trzeba być uczonym komentatorem popkultury by zauważyć, że seriale zmieniły się. Z kiczowatych zapychaczy czasu stały się medium bardzo wpływowym, które szybko zawładnęło wyobraźnią wielu. Seriale dziś dorównują filmom obsadą i budżetem. Seriale niejednokrotnie, poruszają ważniejsze tematy niż filmy itp. Dla samej TV serial jest lepszy niż film bo sprawiają, że czytelnik wraca. Film ogląda się raz i zmienia się kanał. Serial jest nadawany co tydzień, więc stacja telewizyjna ma stałych czytelników i się z tego cieszy.
Uważam, że pierwszy i chyba najpoważniejszy problem polskich stacji telewizyjnych jest zbyt późna pora emisji seriali zagranicznych. Przyjrzyjmy się ramówce TVP. "The Walking Dead" o 23:30? Homeland o 21:30? Szkoda, że nie o drugiej nad ranem. Cóż - nie jest to dla mnie jakiś wielki problem, jako student potrafię zasypiać o 4 rano i wstać o 9. Jednak wielu ludzi wstaje o 6 rano by dojechać do pracy. Trudno oczekiwać od kogoś takiego, że będzie oglądać telewizję do 1 w nocy. I w tym miejscu pojawia się internet. Serial The Walking Dead da się obejrzeć na zalukaj.tv, kiedy tylko nam się chce i nie trzeba czekać tygodnia na nowy odcinek (no chyba, że oglądamy serial, którego sezon jeszcze nie został w całości wyemitowany w USA).
Gdzie się podziały czasy gdy serial "Zagubieni" oglądało się o 20:20 i to dwa odcinki na raz?
A co leci o 20? W czasie największej oglądalności? Głownie seriale własnej produkcji takie jak "M jak miłość", "Barwy Szczęścia", "Na wspólnej" itd. W weekendy natomiast są to programy typu talent show lub retransmisje występów kabaretowych.
Z jednej strony rozumiem potrzebę promowania programów własnej produkcji i płynącą z tego chęć nadawania ich w czasie najwyższej oglądalności. Domyślam się, że takie "M jak miłość" miałoby dużo mniejszą oglądalność gdyby je nadawać o 17 lub 23. Ale nie rozumiem po co za ogromne sumy kupować licencję na nadawanie seriali takich jak chociażby "The Walking Dead" i emitować je o takiej porze, że nikt ich nie obejrzy? Dla mnie to marnowanie pieniędzy ludzi płacących abonament. Nie ma miejsca dla żywych trupów w sobotę o 20? Więc dlaczego nie wyemitować tego w czwartek o 20? Albo we wtorek o 17? I co? Że niby serial zawiera drastyczne sceny i dlatego musi być emitowany w nocy by uchronić dzieci przed nieodpowiednimi treściami? No proszę was! Żyjemy w czasach internetu! W sieci nieodpowiednie treści są dostępne 24 godziny na dobę. Z resztą późna pora emisji nie jest żadną przeszkodą dla dzieci żądnych widoków dla nich nieodpowiednich. Ja sam mimo zakazu rodziców oglądałem po nocach seriale tak jak choćby "Z archiwum X". Późna pora emisji to żadna przeszkoda, a skoro rodzic i tak musi sprawdzać co dziecko ogląda to równie dobrze może to robić o 20.
Akt 3 - kiepskie seriale polskie.
Wśród polskich seriali zdarzają się perełki. Osobiście jestem fanem "Oficera" i "Pitbulla". "Czas honoru" też daje radę, choć bardziej ze względu na atrakcyjną tematykę niż dobre role czy zaskakujące zwroty akcji. Jednak, - powiedzmy to sobie wprost - większość polskich seriali to takie ble ble o niczym bez końca i bez celu. Seriale takie jak "M jak miłość" czy "Na wspólnej" niby mają być o problemach zwykłych polaków. Mają być takie swojskie, o nas. Tymczasem są to seriale takie nieżyciowe. Takie nierealne. Świat polskich seriali to miejsce gdzie niby wszyscy ledwo wiążą koniec z końcem, a jednak mają większe mieszkania i lepiej umeblowane niż niejeden widz. Niby borykają się z bezrobociem, a jednak bez większego problemu znajdują prace i w razie gdy nie są z niej zadowoleni, bezproblemowo zmieniają je na inną, lepiej płatną. To świat gdzie każdy problem magicznie sam się rozwiązuje, dzięki temu postacie mogą skupić całą swoją uwagę na klasycznym: "kocha, nie kocha". Zarówno w "Klanie" jak i w "Na dobre i na złe" czy w innej, nie nadawanej już "Plebanii" brakuje prawdziwych emocji, realnych motywacji i szeroko rozumianego autentyzmu. To wszystko sprawia, że nawet seriale takie jak "The Walking Dead" czy "Gra o tron" wydają się bardziej realne mimo fantastycznej otoczki.
Skoro TVP che katować widzów serialem o zwykłych ludziach to dlaczego nie pójść na całość? Dlaczego nie zrealizować serialu o ludziach mieszkających w ciasnych, zaniedbanych mieszkaniach na obrzeżach małej wsi, którzy muszą płacić krocie za bilet miesięczny do "miasta" by uczęszczać do tamtejszej szkoły lub pracy. Dlaczego nie zrealizować serialu o tym co nas naprawdę otacza? O biedzie, o bezrobociu, o braku perspektyw, o studiach nie gwarantujących zatrudnienia. O pracodawcach zatrudniających fachowców, płacących im grosze i zmuszających do pracy po 10 godzin, także w weekendy? Wbrew pozorom to są problemy wielu zwykłych polaków, a nie problemy jednego z bohaterów "Klanu" - "moja żona jest już trochę stara, więc muszę znaleźć sobie kochankę" (autentyk, jeden z bohaterów "Klanu" miał co sezon nową kochankę, wiecie jak ja się musiałem poświęcić by to zdanie napisać?)
Wbrew pozorom najbardziej realizm polskich seriali niszczą otoczenia. Duże sterylne domy, zawsze wysprzątane na błysk nawet wtedy gdy mieszkają w nich dzieci lub sami mężczyźni. W serialu "Barwy Szczęścia" pojawia się informatyk, który jest kreowany zgodnie z większością stereotypów (wielkie okulary, dziwna fryzura, niemodna koszula), ale w jego mieszkaniu nie ma komputerów, pudełek po programach, płyt DVD, nośników pamięci, plakatów. Co to za komputerowiec? Jak ja, prosty widz mam w to uwierzyć?
Ale czy ludzie potrzebują realistycznych seriali o prawdziwym życiu? Sądząc po tym jak bardzo na świecie popularne są seriale sci-fi/fantasy takie jak "Doctor Who", "The Walking Dead", "Czysta krew" czy "Gwiezdne Wrota" to niespecjalnie. Widzowie seriali potrzebują prawdziwych emocji, niekoniecznie realistycznych wydarzeń. Zaś quasi-bajkowe polskie telenowale nie dostarczają ani emocji ani fantazji. Jedyne co można z niego wyciągnąć to naciągane rodzinne intrygi i kryptoreklamy sponsorów.
Cóż - nie chcę być totalnym fatalistą. Telewizja raczej przetrwa, choć nie bardzo ma czym kusić. Filmy i seriale są łatwiej dostępne w internecie, tak samo wiadomości, czy plotki ze świata celebrytów. Być może telewizja, zarówno publiczna jak i prywatna zmieni się w siedlisko programów typu talent show oraz żenujących dokudram? To prawdopodobny scenariusz, obecnie własną dokudramę ma nawet TVP 2.